niedziela, 18 lutego 2018

Świątecznie i mroźno







        Nareszcie widok z moich okien potwierdza, że rzeczywiście mamy zimę.  Z rosyjskiego słowo "liutyj" oznacza "surowy, groźny..." Czyżby takie traktowanie miesiąca zostało utrwalone w jego nazwie? Szukając informacji natknęłam się na ciekawy artykuł tu
Dowiedziałam się, że nazwa miesiąca jest powiązana z przymiotnikiem "luty", z prasłowiańskiej formy tego przymiotnika tłumaczy się jako srogi, okrutny, dziki, piekący
   "Luty dla człowieka mógł być zarówno mróz, jak i ogień, a także walka, bądź ból."
 A ponieważ już kilka tygodni mamy temperaturę powietrza w granicach  -10 stopni Celsjusza, więc trzeba uznać, ze na dworze panuje pan  "luty". Tylko , że taką pogodę raczej "niemiłą' nie nazwiemy, bo wszystko ma swój czas, i trochę już stęskniliśmy za lekkim mrozem i ładnym sypiącym śniegiem. 
         W piątek, 16 lutego, Litwa obchodziła 100-lecie Niepodległości. W naszej szkole od samego rana panowały czasy z przed stu laty. Odpowiednie  dekoracje, dobrane ubrania, i historyczne postacie całkowicie przywróciły atmosferę z roku 1918. Po naszej szkoły  poważnie przechadzał się patron szkoły, Mikołaj Birżyszka z  małżonką.  Nasz szanowny  dyrektor  był ucharakteryzowany na prezydenta Smetonę i chętnie pozował do zdjęć.  Był  czynny bank, gdzie można było zarobić przy trafnych odpowiedziach w  historycznych zgadywankach. Działała poczta, rynek, fryzjer, i nawet pucybucik się uwijał przed aulą, która stała się na jeden dzień restauracją z tamtych lat. Nie było żadnej uroczystej akademii, ale mimo wszystko było bardzo ciekawie, niezwyczajnie i patriotycznie.   Pokażę niektóre migawki z naszego bardzo udanego święta. Aby odpowiednio wyglądać w takim dniu wyciagnęłam z szafy swojego lisa staruszka.






        Od święta odchodzimy i trochę swoich ostatnich prac pokażę. Miałam kłopot z zakupioną dropsową alpaką, bo zupełnie mi nie układało się dzierganie z niej zaplanowanego kardiganu. Więc był spruty, włóczka odleżała, aż stwierdziłam, że czas powalczyć z zalegającymi zasobami włóczkowymi. Absolutnie nie miałam pomysłu na wykorzystanie tych niteczek, i wtedy na blogu u Renaty Witkowskiej natknęłam się na swetro-poncza. I od razu zachciało mi się dziergać prostokąt. Tak też i zrobiłam. Dobijam już do końca, zostało mi kilkanaście cm robótki, i zszywanie. Boję się, czy moje oczekiwania się sprawdzą, ale na blogu u Renaty wyglądają na ciepłe i przytulne, a o to mi właśnie chodziło. 



  Kolekcja maskotek powiększona o dwie misiaczki i jedną zającównę.





    Na froncie czytelniczym też się dzieje. Z rozbiegu, będąc w temacie książek  Michella Bussi , przeczytałam  jeszcze jedną jego książkę "Nie puszczaj mojej ręki', która znowu jako kryminał okazała się słabsza od poprzednio czytanych.
    Następnie zabrałam się do czytania książek  Michaela Palmera, bo z relacji koleżanek blogowych zrozumiałam, że pisze o popełnianych przestępstwach w świecie medyków. " Piąta fiolka" -to książka  o nielegalnej transplantacji organów. Wciąga, trzyma w napięciu,  zmusza do głębokiego zastanowienia się nad tym, czy zostać dawcą organów... Polecam, polecam.
    No i znowu z rozbiegu zaczęłam czytać "Pacjenta" tegoż autora. Początek bardzo ciekawy, bo opisuje się jak do poważnych operacji neurochirurgicznych używa się robocika, który potrafi usuwać tkanki nowotworowe. Książka kusi, i akurat mam przed sobą tydzień ferii, więc muszę trochę się zrelaksować.
        Wszystkim czytelnikom, stałym i przypadkowym życzę dobrego tygodnia, ładnej zimowej pogody, a chłopcom na skoczni w Pjongczangu drużynowego zwysięstwa. Wczoraj podczas skoków na wielkiej skoczni, było u  nas w domu najpierw bardzo  nerwowo, a potem bardzo radośnie. Tak, jesteśmy z mężem wielkimi fanami tego rodzaju sportu, od czasów Małysza, i oczywiście kibicujemy gorliwie dzielnym Polakom. 

wtorek, 30 stycznia 2018

Bardzo długa przerwa



     " Mea culpa"... przyznaję, że nieprzyzwoicie długo milczałam, aż dzisiaj uzmysłowiłam sobie, że i tak  czasu wolnego na "Allegro" nie kupię, raczej będę jeszcze bardziej  zajęta w pracy, więc trzeba pisać- i już piszę. Ale za to z czystym sumieniem muszę się pochwalić, że ciągle śledzę losy koleżanek blogowych, wiem co u kogo "w trawie  piszczy...", jakie oczka macie narzucone na druty, i jakie książki wam towarzyszą.
   Trochę o swojej pracy, która naprawdę do lipca będzie w tym roku pod "wysokim napięciem". Otóż mam klasę maturalną, i w związku z tym moc pracy papierkowo organizacyjnej. Ciągle jakieś instruktaże, zbieranie podpisów... Kto pracuje w szkole ten mnie rozumie.. W tym roku nasza nowa władza na czele z panią minister oświaty postanawia, że trzeba egzaminy maturalne z czerwca przerzucić na półtora miesiąca wcześniej. I już od 5 maja absolwenci każdej soboty będą składać egzaminy maturalne, a w poniedziałki stawiać się do szkoły na dalszą naukę, aby nie przerywać procesu nauczania.A nauczyciele oczywiście mają dyżury na egzaminach, a potem sprawdzanie, i w ciągu tygodnia oczywiście prowadzimy lekcje. Dlaczego takie drastyczne zmiany? No bo tak mają na Zachodzie, a my musimy na kimś się wzorować. Zazwyczaj pod taki hasłem są przeprowadzane u nas reformy w szkolnictwie. Nikomu głowa nie boli, że tylko w listopadzie dowiedzieliśmy się  o nowym rozkładzie egzaminów, że według swoich planów nie zdążymy nawet przerobić niektóre tematy. A w tym roku aż 52  absolwentów zgłosiło się do składania egzaminu z fizyki. I jestem odpowiedzialna za przygotowanie tej całej gromadki, aby nie było problemu 19 maja, bo już taki termin jest wyznaczony na fizykę. A ponieważ większość uczni bardzo się do nauki przykłada, a po lekcjach na dodatkowe zajęcia już nie mają po prosu sił, więc od stycznia zaczęłam robić  zajęcia-konsultacje  w soboty. Całe szczęście, że od mojego mieszkania do gabinetu fizyki mam aż całe 5 minut drogi. Więc na drogę czasu nie tracę, "dzieciaczki" (18-19 lat) w pocie czoła pracują, pytają, dyskutują. Czuję wielką radość, bo zazwyczaj muszę przypominać im, iż po kilku godzinach pracy musimy już kończyć zajęcia. Wracam do domu zmęczona, ale bardzo szczęśliwa, bo lubię swoją pracę i lubię swoich uczni.
      W domu oczywiście robótki umilają chwile relaksu, i dlatego co nieco powstało za ten czas. Najpierw czapka z dropsowej "Flory". Bardzo cieniutka, ale ciepła i na taką zimę w sam raz. Dziergałam według wzoru z rosyjskiego blogu. Jest raczej niefotogeniczna, ( również oświetlenie dzisiaj do niczego) ale w rzeczywistości wygląda dużo lepiej.













     Następny  komplet pojemników i koszyk ze sznurka dla koleżanki, jako dodatek do prezentu urodzinowego.


 


   No i oczywiście po trochu powiększa się gromadka zwierzaków.  Teraz czuję sympatie do piesków, więc takowe dwa powstały.





I  o książkach przeczytanych .

    Julian Barnes "Zgiełk czasu". Słynny na całym świecie, ale  prześladowany i  upokarzany u siebie w ojczyźnie, Dymitr Szostakowicz całe życie toczy walkę ze sobą. Z jednej strony muzyk, który aby zostać przy życiu musi pokornie schylać głowę przed Stalinem, z drugiej strony człowiek, który sobą za takie czyny  gardzi. Wielka Muzyka, i wielka Polityka. Książka warta polecenia.

    Pisałam nieraz już, że lubię dobry kryminał, ale jestem też do takiego gatunku literatury bardzo wymagająca. Niedawno koleżanka podrzuciła mi książkę Michella Bussi "Czarne nenufary". Jakbym przeniosła się  w atmosferę prowincjonalnego miasteczka Giverny, w którym żył i tworzył Claude Monet. Szereg dramatycznych zdarzeń zakłóca spokój mieszkańcom tej miejscowości. Porywa niezwykły styl łączący chronologicznie w jedno całe wydarzenia z różnych lat. Byłam zmuszona czytając tą książkę zapoznać się z niektórymi obrazami Moneta, na których są namalowane nenufary(lilie wodne). Okazuje się, że było tych obrazów aż 272.
    Tak spodobała  mi się książka i styl autora, że z rozbiegu rzuciłam się do czytania następnej jego książki  "Nigdy nie zapomnij". I znowu jestem pod wrażeniem. Znowu nie wykryłam sprawcy. aż do ostatnich stronic. Jeżeli napotkacie książki tego autora, i lubicie dobry kryminał, to jak najbardziej polecam.
    Tyle mojego sprawozdania za styczeń. Mam nadzieję, że następny wpis ukaże się po krótszej przerwie aniżeli ten.
        Wszystkim, kto do tego miejsca dobrnął posyłam serdeczne pozdrowienia z niestety "pochmurnego" dzisiaj  Wilna. Czekamy na ładniejszą pogodę. Jak na razie zima u nas  "nijaka".


poniedziałek, 1 stycznia 2018

Rok z "żółtym"psem

          Wszystkim, kto "celowo" lub "niechcąco" zajrzał na tą stronę, życzę dobrego roku, z dobrymi nowinami, i radosnymi wydarzeniami.
            Jak i w ubiegłe lata w Wilnie, na Placu Katedralnym stoi niepowtarzalna choinka. Internauci w plebiscycie na najładniejsza choinkę stolic europejskich wybrali właśnie wileńską. Aż duma rozpiera.
 


        Nie chcę podsumowywać wydarzeń tego roku, co to dotknęły mnie i moją rodzinę. Było i dużo chwil radosnych, i tych smutnych też. Chcę raczej spojrzeć na swoje miejsce w roku ubiegłym wśród grona czytelników, jak też i dziewiarek.
        Więc na początek dorobek czytelniczy. Przeczytałam 55 książek i jestem z tego zadowolona. Takich, którymi się rozczarowałam, albo żałowałam poświęconego na czytanie czasu było bardzo mało.
        Moje Top-5 wygląda tak:
       1.Paul Yuong "Chata"
       2. Wiesław Maciejewski "Traktat z łuskania fasoli"
       3.Richard Falangan "Ścieżki północy"
       4. Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze
       5. Zygmunt Miłoszewski "Domofon"
    Taka ta moja lista, tak mi się to ułożyło.
     
     Ostatnio przeczytane w grudniu:       
    Khaled Hosseini "I góry odpowiedziały echem”, Justyna Wydra "Ponieważ wróciłam"
      Tomasz Sekielski „Zapach suszy   Monika Sznajderman „Fałszerze pieprzu”. 

         Uwielbiam książki Khaleda Hosseini . W tej również bardzo dostępnie i konsekwentnie autor wraz z bohaterami prowadzi nas przez różne wydarzenia historyczne w Afganistanie,  ale uważam ,że jego  " Chłopiec z latawcem " jest najlepszą z jego powieści.
     Książka Justyny Wydry do mnie nie dotarła. Chociaż, to może ja do niej nie dorosłam.
     Tomasz Siekielski stara się w swoim thrillerze politycznym pokazać Polskę z przed kilkoma laty. Handel ludźmi, porachunki szefów mafii, walka o stołki polityczne... Nie wiem , czy sięgnę po następne dwie z tej trylogii. Słyszałam, że "Sejf" tegoż autora powala z nóg.
      O książce "Fałszerze pieprzu najtrafniej mówi sama autorka"
       "Wbrew tytułowi, to nie jest książka historyczna. To książka o pamięci. A właściwie o dwóch pamięciach, które się w żadnym miejscu nie spotykają. I o losach, które od stuleci toczyły się równolegle, nigdy razem. Losach moich dwóch rodzin - polskiej i żydowskiej".

     Nie było w tym roku też kryzysu i na "froncie" robótkowym. Poznałam kilka nowych technik, zaczęłam dziergać rzeczy, które kiedyś odnosiłam do kategorii  "niedostępnych dla mnie". 
W prezencie dla syna udziergałam duży, ciepły sweter z Limy. Właściciel  się ucieszył i serdecznie dziękował. Dziergałam od dołu, na okrągło, bez zszywania boków. Zużyłam 700g Limy, i cały projekt jest "z głowy".

 



   No i jak to bywa przy dzierganiu objętościowych rzeczy trochę nas łapie nuda, więc z radością rzuciłam się do dziergania "żółtego psa", który to jest symbolem tego roku.  Jak zaplanowałam, tak się też stało, piesek powstał przed północą 31 grudnia, i razem z nami spotkał " swój" rok.





      Jeszcze raz pozdrawiam wszystkich tu zaglądających.  Życzę, aby każdy z nas był w tym roku zadowolony i dumny z siebie.


poniedziałek, 4 grudnia 2017

Grudniowych rozważań trochę...

      Nigdy dotąd nie miałam w domu wieńca adwentowego, a znowu wczoraj po przyjściu z kościoła doszłam do wniosku, że właśnie tego symbolu nam na stole brakuje. Oczywiście dotąd widziałąm mnówstwo ładnych, przemyślanie skomponowanych wieńców, z ładnymi czterema jednakowymi świecami, i rozumiałam, że moja kompozycja będzie "inna". Swiece miałam różne, a na imitację wieńca poszło wszystko co miałam pod ręką: kasztany, szyszki, kamuszki, muszelki i nawet kawałeczki bursztynu ( taki sobie litewski akcent). No i nawet ta raczej "taca adwentowa" jest do przyjęcia, a po zapaleniu świecy w domu zrobiło się cieplej i przytulniej.




      Ponieważ miesiąc grudzień jest bardzo nasycony na wydarzenia, i często ciężko ze wszystkich obowiązkowych postanowień wywiązać się, to w tym roku 30 listopada napisałam sobie listę obowiązkowych prac i czynności, aby czegoś bardzo ważnego nie przeoczyć. Lista składa się  prawie z trzydziestu punktów, a całkowicie skreślić na dzień dzisiejszy mogę tylko dwa. Rety!
        Jednym z najbardziej pracochłonnych punktów, jest "sweter dla syna". Zamówiłam "Limę" dropsową, 19 motków, i planuę w dzień po jednym  motku przerabiać, w taki sposób muszę zdążyć, i będę  kontrolowała swoje tempo pracy. Ach te plany.


        
         Ponieważ dawno nie chwaliłam się, jak mi gromadka rośnie, więc przy okazji trochę nowych zwierzaków dzisiaj :






          Muszę jeszcze  udziergać 8 maskotek, ale do ostatniego dzwonka jeszcze daleko.


  
         No i ostatni bardzo " błyskawiczny" projekcik, to kapcie- baletki. Na udzierganie jednego potrzebowałam dosłownie godziny. Korzystałam z filmiku tu.




    Na pewno jeszcze kilka par takich " balerinek" udziergam, bo można wykorzystać różne resztki włóczek, bo takie "coś" często jest bardzo przydatne w podróży.
  

 Specjalnie w swoich planach grudniowych pominęłam  punkt"czytanie", bo wówczas ucierpiałyby inne pilne prace.  Więc na czytanie w grudniu chyba będę poświęcać czas nocny, co i tak u mnie często sie zdarza. Ostatnio przeczytałam Jodi Picoult "To co zostało" i Ewy Winnickiej "Był sobie chłopczyk". Obie książki z tych, co się nie da zapomnieć.
W książce Ewy Winnickiej opisana jest prawdziwa historia dwuletniego Szymka, którego martwe ciało wyłynęlo w jednym ze stawów Cieszyna. Osobom wrażliwym radzę nie czytać, bo pokazne jest ludzkie "dno", najgorsze instynkty, znieczulica środowiska, obojętność sąsiedzka. Najwięcej sympatii wzbudzają fukcjonariusze policji, którzy przez dwa lata pilnie starali się rozwikłać sprawę.
   
Jodi Picoult poruszyła w swej powieści wiele bardzo ważnych problemów.Jak często bywa w jej ksiażkach bohaterowie są powiązani ze sobą poprzez dawne wydarzenia z przeszłości.
" Każdy ma jakąś opowieść, każdy ukrywa swoją przeszłość, by siebie chronić, tylko niektórzy robią to skuteczniej niż inni."
  Autorka próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie, czy każdą zbrodnię można wybaczyć? W powieści przeplatają się losy ofiar Holokaustu i ich oprawców.
"Myślałam - mówię, opierając czoło na ramieniu siostry - że piorun nie uderza dwa razy w to samo miejsce. - Uderza, uderza. - zapewnia mnie siostra. - Ale tylko wtedy kiedy człowiek popisze się głupotą i stoi dalej w tym samym miejscu".
      
    Poozdrawiam serdecznie wszystkich tu zagladających i życzę racjonalnych planów i udanej ich realizacji.
   

piątek, 10 listopada 2017

Etap skarpetkowy


       Był sobie bardzo kolorowowesoły moteczek wełenki na jednej z półek w pasmanterii.Tak się złożyło, że akurat   potrzebowałam włóczki   na czapkę i też do tej pasmanterii zajrzałam. A kiedy już dokonałam wyboru, to zaczęłam szukać przyczyny, i swój pobyt wsród półek z włóczkami przedłużać . Aby nie wyglądać na dziwaczkę, która tylko się  na włóczki gapi, i nic nie kupuje, musiałam szbciutko zaplanować sobie  jeszcze  jakąś robótkę. I tu raptem widzę ten kolorowy moteczek, i już rozumiem, że będę dziergać skarpety.
   Dziergałam od palców, wedłud kursiku "Intensywnie kreatywnej". Zaliczyłam  przy okazji nową technikę nabierania oczek, i tak sobie umilałam czas przy oglądaniu telewizji. Ale  cała przyjemność skończyła się, kiedy para skarpet była gotowa. Okazało się, że córka chętnie  tą parę przygarnie.

 


 

        A ja chcę dalej dziergać skarpety.  Zaczynam wmawiać sobie, że  zbliża się zima, że mieszkanie mamy na parterze, i w nogi zazwyczaj marźniemy. Wśród włóczkowych zapasów odnajduję kłębuszek malinowej włóczki o nieznanym  składzie i przystępuję natychmiast do następnej pary. I mam - ale już dla siebie.




   














       Zatrzymać się w biegu nie potrafię, i przychodzę do wniosku, że skoro w listopadzie koleżanka z Niemiec ma urodziny, i jak zawsze z tej okazji szykujemy jej przesyłkę, do której zazwyczaj dodaję  jakiś udziergany  przeze mnie  drobiazg , to w tym roku koniecznie dostanie skarpety. Więc wybrałam się znowu do pasmanterii i kupiłam dwa motki "Perły"( 50% wełny), w kremowym kolorze. Włóczka  przyjemna w dotyku, mięciutka i zarazem bardzo mocna nić, co jest niemało ważne przy noszeniu.  Aby się nie powtarzać ,  na górnej części skarpety pozwalam sobie na małe warkoczyki. I znowu udziergałam szybko , i znowu mnie dalej skarpety "kuszą".





       Dotychczas pięty "załatwiałam" sposobem rzędów skróconych. Sposób łatwy, ale skarpety wychodzą raczej na nogę szczupłą. Nam to pasowało. Ale czemuż przy okazji nie nauczyć się dziergania pięty z wstawionym klinkiem, który akuratnie poszerza robótkę, i dlatego przy zakładaniu na nogę nie powstają fałdki. Z filmiku " Kreatywnej "tu nie pojąć tego sposobu się nie da. Więc powstaje znowu kremowa, z warkoczykami i z poszerzaniem poprzez wrabianie klinu. No i mam co porównać.



       Który sposób dziergania bardziej mi odpowiada? Jeszcze na pewno  wypróbuję inne. tak po cichu dojrzewa plan nauki dziergania obu skarpet jednocześnie. Słyszałam, że jeżeli tego sposobu się ktoś nauczy, to już po jednej nigdy nie dzierga. Jestem tego ciekawa.
     
       Jak najbardziej czas ferii jesiennych sprzyja czytaniu.  Więc też z tego skorzystałam. Książkę  Jane Austen"Mansfield park" o losie biednej dziewczyny, która trafia do zamożnej rodziny, jak też powieść Anny Bronte "Agnes Grey" o cieżkiej i upokarzającej pracy guwernantki przeczytałam z przyjemnością i z jakimś sentymentem, bo kiedyś taka literatura dominowała. Czyta się lekko, czasem z uśmieszkiem na ustach, bo niektóre sceny dzisiaj nie mogą być traktowane inaczej. Litteratura ta sprawia wielką przyjemność,  no bo jak  zawsze wiadomo, że skończy się weselem. Szybko do takiej literatury na pewno nie powrócę. 
     Zaś o książce "Wyspa" Victorii Hislop chcę napisać więcej. Autorka opisuje losy ludzi, których dotknęła straszna choroba -trąd. Mieszkańcy Grecji po takiej diagnozie byli izolowani i zsyłani na wyspę Spinalonga. I mimo wszystko, po utracie  kontaktów z rodziną, bo przymusowe zsyłanie oznaczało drogę w jedną stronę, ludzie potrafili na tym małym skrawku  żyć, zakładac ogródki, chodzić do koscioła, prowadzić tawerny, uczyć dzieci w szkole. Po przeczytaniu książki zaczęłam szukać informacji o tej wyspie . I rzeczywiście, jedną z najczęściej odwiedzaną   przez turystów podczas pobytu na Krecie wysp jest Spinalonga.  Ze zdjęć widać, jak małą przestrzeń zamieszkiwali chorzy ludzie, i jak blisko od Krety była ta wysepka, co tylko pogłębiało tragizm zesłanych i ich rodzin. Radzę tą książke przeczytać, a przede wszystkim tym,  kto  planuje urlop na Krecie..

       Pozdrawiam wszystkich i życzę na te jesienne wieczory ciepłej domowej atmosfery i dobrej lektury.












niedziela, 29 października 2017

Dokształcam się

    

        Meteorolodzy radzą ubierać się odpowiednio do pogody, to znaczy ciepło . W sam czas skończyłam dziergać swój " piórkowy'. Jest i zblokowany, i obfotografowany.. Na sweter kupowałam podstawowego koloru tylko cztery moteczki, bo chciałam akurat wykorzystać jeden moteczek ciemnego, który został od "starszego" wiekiem swetra. A ponieważ w swoich zapasach natknęłam się na resztkę wrzosowego moherku Kid Silk, więc powstały takie pasy na dole. Jeszcze nie został "wyprowadzony w świat", ale wygląda, że będzie grzał. Zaś o tym, że "pogrubia" już się przekonałam. Mój wniosek:"piórkowe" sweterki dla osób o "piórkowej" wadze. Niestety...



No i kiedy, jak nie jesienią pasuje zająć się dzierganiem skarpet. Ponieważ nie lubię prac na "pięciu drutach", to z przyjemnością  dziergam od palców. Latem poznałam sposób na rozpoczęcie skarpety rzędami skróconymi, a teraz zaś z filmiku Intensywnie Kreatywnej nauczyłam się nabierania oczek sposobem Magic loop.Nawet  jestem z siebie dumna, że jeszcze lubię się uczyć. Bardzo mi się podoba dziergać skarpety na drutach z żyłką, można sobie pozwolić na to zajęcie przed telewizorem. Ponieważ pojedyńczych motków uzbierało sie niemiara, więc mam zamiar trochę tych skarpet naprodukować, może nawet na prezenty gwiazdkowe.


       A teraz o książce, która mną naprawdę wstrząsnęła. W szkole, oraz z ekranów kin byliśmy przekonywani, że największych zbrodni na ludzkości dokonali hitlerowcy. Wszyscy słyszeliśmy o obozach śmierci i o Holokauście. Z biegiem czasu listę strasznych zbroodni dopełniły zdarzenia w Karabachu, czy też na terenach byłej Jugosławii. Więc nie tylko faszyści...  W swojej książce "Ścieżki północy" Richard Flanagan opisuje losy australijskich żołnierzy, którzy dostali się do niewoli i będąc w japońskich obozach budowali w dżunglach Kolej Śmierci, o której autor tak mówi w jednym ze swoich wywiadów tu :

     " Projekt był faraoniczny — licząca 428 km trasa kolejowa miała przeciąć dżunglę w Syjamie, czyli dzisiejszej Tajlandii oraz w Birmie i miała zostać ukończona w niecały rok. W 1943 roku budowało ją przeszło ćwierć miliona niewolników. Pracowali bez maszyn i podstawowych narzędzi, często nawet nie mieli ubrań. Liczbę ofiar szacuje się na 100-200 tysięcy. To więcej niż w Hiroszimie. Więcej niż słów w mojej książce.
Mój ojciec był jeńcem w obozie na Syjamie — więźniem 335. Przeżył, nie dał się cholerze i całemu obozowemu piekłu. Koniec wojny zastał go w kopalni na południe od Hiroszimy, gdzie wykonywał kolejną niewolniczą pracę. Jego relacje oraz to, o czym milczał, ukształtowały moje dzieciństwo i młodość. To samo dotyczy moich braci i sióstr. Jesteśmy dziećmi Kolei Śmierci."
    Powieść jest jednocześnie trudna i dramatyczna, o miłości i śmierci. Na początku trudno się połapać w wydarzeniach, przekazywanych bez porządku chronologicznego, ale potem razem z głównym bohaterem, osadzonym w obozie chirurgiem Dorrigo Evansem dzień po dniu poznajemy tą straszną rzeczywistość. W 2014 roku za tą powieść Richard Flanagan otrzymał nagrodę Bookera. Bardzo polecam książkę i planuję poznać inne jego dzieła.
  Od poniedziałku aż do 6 listopada mamy wakacje jesienne, i nie muszę chodzić do pracy, więc trochę się  poczyta i podzierga.
    
      Przesyłam pozdrowienia wszystkim tu zaglądającym,i  życzę dobrej lektury na jesienne wieczory.
    



niedziela, 15 października 2017

Jak zaplanować, aby...

         Okazało się, że nie umiem planować. Chodzi o zobowiązania dziewiarskie. Jeszcze niedawno mogłam pochwalić się, że nie posiadam robótek rozpoczętych i odłożonych, albo raczej "zarzuconych". I tu zadziałało przysłowiowe "Nigdy nie mów Nigdy. Musiałam według planów mieć ukończony "piórkowy". No bo dzierga się szybko, wzór nie potrzebuje szczególnej uwagi,więc robótki przybywało, jak i spodziewalam się, aż...Dochodzę do wniosku, że to już pazdziernik na dworze sobie  dobrze się rozgościł, mąż wybiera się na konferencję do Krakowa, gdzie spotka się z córką, a ja niczego jej nie udziergałam. Więc sweter odkłada się jak najdalej, a ja nareszczie znajduję pomysł na realizację czterech motków dropsowej Limy w kolorze miodu i jednego w kolorze kawy z mlekiem. Tak długo nie mogłam ich wykorzystać, więc teraz musiałam dobrze sobie przy robótce posiedzieć, aby zdążyć na czas. Ale udało się. Komin i czapka już zapakowane i jutro dotrą do adresatki. 
      Ponieważ dominował kolor żółty nad brązem, musiałam pokombinować z ich połączeniem  Przy czapce postanowiłam się "dokształcić' i nauczyć  tego, o czym dawno już marzyłam , czyli dwukolorowego ściągacza, albo tak zwanej "Brioszki". Spodziewałam się wielkich trudności, ale z filmiku Zdzisławy wszystko staje się zrozumiałe. Reszta czapki też dziergana z rosyjskiego filmiku, gdzie  bardzo dostępnie wszystko przekazane. Nawet nie prułam, tylko zrobiłam najpierw próbkę sciągacza, aby dobrze obliczyć ilość początkowych oczek. Przy kominie improwizowałam, dziergałam warkocze (prawie jak w czapce)  i same prawe oczka. No i największą niespodziankę sprawił mi mój aparat fotograficzny, bo na pierwszych zdjęciach tak "przekłamał" kolory, że nie mogłam z tym się pogodzić. Ładny soczysty, miodowy kolor wyszedł blado i ubogo, i cały komplet wygladał nijako. Potem nawet wyszłam z robótką na dwór, bo nie mogłam  znieść tego fotograficznego "blefu".  No i zdjęcia na dworze przekazują już te prawdziwe kolory.








        
       Muszę przyznać, że bardzo lubię tą włóczkę. Po blokowaniu wyrób staje sie miękki,przytulny, no i będzie ciepły, bo to wełna  z alpaką. Bardzo się nadaje na czapki zimowe. I czapka, i komin ładnie się układają. Chyba będę musiała sobie też coś podonego udziergać . ( Tylko kiedy?)
    
          Po jednym z wypadów na miasto wracam wlaśnie z tym:

      Jakbym mało miała niezrealizowanych planów i zalegających motków? Ale stało się.

No  i nie mogłam ustać przed takim zakupem:


   Planowałam kupienie plastykowych agrafek i małych markerów, bo takie są potrzebne przy szydełkowaniu maskotek. Tu zaś skusiły mnie jeszcze druty pomocnicze do dziergania warkoczy. Ze wstydem muszę przyznać, że po raz pierwszy na tej czapce wypróbowałam je i nie wyobrażam , jak mogłam bez nich dziergać warkocze. Takie sobie niezaplanowane zakupy sprawiają wiele radości. Chyba nie jedna mnie zrozumie...
   A wybierając wśród książek sięgnęłam po jedną z polecanych na blogach ,czyli  "Powieść bez O" Judith W. Taschler. O ile jeden z wątków wydaje się bardzo banalnym i "oklepanym",no bo tyle już książek  opisuje "trójkąty"małżeńskie, to drugi wątek o zesłanych  dwudziestolatkach z Austrii do łagrów sowieckich, o ludzkim honorze i "najtrudniejszej i najwierniejszej " miłości staje się tym kołem ratunkowym dla całej powieści. Takie przynajmniej miałam wrażenie po przeczytaniu.
     Według prognozy meteorologicznej ma  byćw przyszły tygodniu prawdziwa złota jesień. Życzę wszystkim dobrego nastroju, udanych planów i ich realizacji.